Tata jak zawsze ten gorszy…

Od dawna za mną chodzi taka notka poświęcona tylko tatusiom. Jakoś nie mogłam się za nią zabrać odpowiednio. Nie bardzo wiedziałam z której strony ten temat ugryźć. No i tak sobie leżała notka odłogiem, w zakamarkach głowy.
Trafiłam jednak na blog Mamy Prezesa. Poczytałam o akcji, która teraz ma miejsce, o tym, jak bardzo dyskryminuje się w naszym kraju prawa ojców. Temat mnie zbulwersował, lekko powiem. O szczegółach całego tematu możecie poczytać sobie zarówno na stronie TU.
Mi jednak po głowie chodzi trochę inna myśl. Dlaczego Matki mają większe prawa?
Bo urodziły dane dziecko? Trochę to chore. Ci biedni ojcowie są dyskryminowani w zasadzie już od początku ciąży. Kiedy tego dziecka jeszcze tak na dobrą sprawę nie ma na świecie. Rozumiem, że natura tak nas stworzyła, a nie inaczej, ale dajmy szansę naszym mężczyznom wczuć się w rolę ojca od początku. Tak jak my, kobiety, matkami czujemy się od momentu kiedy na teście zobaczmy dwie różowe kreseczki, tak ojciec (niestety) ma prawo być ojcem dopiero kiedy to dziecko brzuch matczyny opuści. Dlaczego, ja się pytam?
Same doprowadzamy do tego, że naszych mężczyzn odsuwamy na bok. Najpierw mamy do nich pretensje, że nie interesują się wyprawką i porodem, a jak przyjdzie co do czego, to wybacz tatusiu, ale poradzę sobie sama z moim dzieckiem. Otóż to TWOJE dziecko, czy tego chcesz czy nie, jest WASZE. I nawet sam Diabeł tego faktu nie zmieni.
Drogie Mamy, powiedzmy sobie szczerze, ile razy z duszą na ramieniu wychodziłyśmy do koleżanki, czy do pracy, i zostawiałyśmy dziecko/dzieci z mężem/partnerem?
Ile razy chciałyśmy sięgnąć po telefon i dzwonić nawet co pięć minut by dowiedzieć się czy przypadkiem ojciec nie utopił naszej pociechy w przysłowiowej łyżce zupy. O ile w ogóle tą zupę podał na obiad.
Zaufajmy naszym mężom. Oni wbrew pozorom równie dobrze opiekują się dziećmi, co my. Prawdą jest że aby wszystkiego się nauczyć potrzebują odrobinę więcej czasu, ale przekłada się to wszystko w niewiarygodną precyzję.
Potwierdzam, że również bałam się pierwszych samotnych chwil mojego męża z dzieckiem. Jak każda matka. Na nasze nieszczęście pierwsze samodzielne spotkanie z synem, mój mąż odbył w szpitalu (a jak wiadomo, mury tego miejsca nie bardzo sprzyjają dogrywaniu się i uczeniu), podczas leczenia intensywnych wymiotów młodego. Nie było to udane podejście, bo stres zjadł obu panów, ale już tydzień później, kiedy mąż pooddychał, swój sprawdzian z ojcostwa zaliczył celująco. Dziś mamy dwóch synów i zostaje z obojgiem bez narzekania. Sprawnie przewija młodego, karmi, zmienia pieluchy, zabawia dziwnymi rozmówkami. Starszak też z tatusiem nie narzeka na nudę. Czasem Bobi twierdzi, że bardziej kocha tatę niż mamę, ale nie mam mu tego za złe.
W końcu „Tata, to pierwszy bohater naszych synów. Tata to pierwsza miłośc naszych córek.”.
Nie odbierajmy tym Bohaterom możliwości opieki nad naszym największym skarbem.
Nie odbierajmy dziecku kompana do zabaw, wzoru do naśladowania.

Tak mnie wzięło na wspominki. I oto kolejne zdjęcia z naszej sesji u pani Joanny. Z Tatą!

Reklamy