Trzy różne spojrzenia wystarczyły, bym miała dość dzisiejszego dnia.

Jesień, jak to jesień, niestety nie zawsze jest złota i słoneczna. Trzeba liczyć się z deszczem i chłodem. Taka szaruga właśnie panuje u nas od dwóch dni. I to wystarczyło, by Matka się rozchorowała.
Katar, załzawione oczy, ból mięśni i osłabienie. Wszystko, na co nie może sobie pozwolić kobieta wychowująca dwójkę dzieci.
Ale nie o tym miała być notka.
Jadę sobie dziś w najlepsze do lekarza. W końcu raz na jakiś czas mogę się u niego pojawić i przypomnieć mu jak wyglądam. Na całe szczęście, na zwyczajnych lekach się skończyło. Wapno, witamina C i Rutinoscorbin.
Zaopatrzyłam się w chusteczki higieniczne i mogę wracać do domu – sobie myślę.
Wszystko jednak byłoby „OK”, gdyby nie fakt, że wsiadając do tramwaju z dwójką małych dzieci zostałam zlustrowana potrójnie!!! Każdy wzrok mówił co innego.
WZROK NR 1 – POTĘPIENIE: Babeczka około pięćdziesiątki (margines błędu 5 lat w każdą stronę).
Wchodzę sobie do tramwaju (całe szczęście trafił mi się niskopodłogowy, bo wózek to bym chyba na plecach wnosiła, bo pomocnej ręki znikąd! ale nie o to chodzi tym razem.), ustawiam wózek w miejscu do tego przeznaczonym. Mówię do stojącej pani kulturalnie: „Przepraszam” i blokuję kółka. Jak nie rzuciła na mnie gromów z jasnego nieba! Jak ja śmiałam stanąć obok niej i jeszcze stawiać przed nią wózek. Myślicie, że się przesunęła? HAHAHA! Wcale! Nawet o kilka milimetrów, żebym mogła stanąć bardziej stabilnie w trzęsącym się tramwaju. Gdybym mogła, pewnie leżałabym już trupem. A wielkim fochem na twarzy wysiadła pańsia kilka przystanków dalej, prychając pod nosem.

 

WZROK NR 2 – WSPÓŁCZUCIE: Mamusia koło czterdziestki z (na oko) siedmiolatkiem na kolanach
Nie postałam chwili, a czuję na sobie kolejny wzrok. Oj, jak bardzo mi ta pani współczuła, że mam dwójkę dzieci, oj bardzo! A przecież jestem jeszcze taka młoda (Czy ja wiem… dwadzieścia sześć lat, to nie pierwsza świeżość. Włókna kolagenowe już zanikają, przez co do pierwszych zmarszczek już bliziutko!). Widziałam to w jej oczach. Ona chyba ledwo dawała radę ze swoim synem (choć moim zdaniem był całkowicie grzeczny w tym tramwaju), a widząc mnie z dwójką maluchów…
Tylko, że ja się nie czuję źle. Nie narzekam (no, może czasem na brak czasu dla siebie, ale sądzę, że matki to już tak mają i mieć będą). Nie zamieniłabym ani sekundy z mojego życia od chwili, kiedy pojawiły się w nim dzieci. Od momentu, kiedy zobaczyłam po raz pierwszy na teście dwie kreski, już czułam, że to jest to, czego chcę. MOJE DZIECI. Mój skarb. I pomimo tego, że dni mijają głównie na zaspokajaniu ich potrzeb, to czuję się spełniona. Daję im radość, uczę co dzień czegoś nowego. Kiedy mam to robić, jak nie teraz?
WZROK NR 3 – „JESTEM LEPSZA, MAMUSIU”: Dziewczyna dwudziestokilkuletnia, studentka (chyba).
Ubrana całkiem ładnie. Czerwony długi płaszczyk, kozaczki z futerkiem, wzorzyste legginsy, duże okulary i modna w tym sezonie torebka.
Nijak nie pasowała mi guma do żucia, którą owa dziewczyna żuła namiętnie. Buzia nawet się jej nie zamykała przy tym.
Myślała pewnie, że ja za karę z tymi dziećmi jestem. Chyba czuła się lepsza, bo była „wolna”. Kiedy tak stałam (całkiem blisko niej) i patrzyłam co jakiś czas na nią, to wcale nie czułam się gorsza. Z każdą kolejną minutą, wręcz czułam się lepiej. Czułam się nawet lepsza. Nie oceniałam po wyglądzie (choć źle nie wyglądałam, ale pewnie i tak nie dość dobrze w oczach tej panienki). Z moimi dziećmi u boku czułam się najlepszą osobą na świecie. Szkoda, że takie młode dziewuszysko nie potrafi docenić piękna rodziny. Wyszumi się, to doceni co jest życiu ważne. Z pewnością.

Na koniec złapał mnie deszcz i mokra wróciłam do domu.
Jak pod górkę, to przez całe życie.

Reklamy